Legendy

Gdzieś, pomiędzy Biesami, a Czadami...

Bardzo dawno temu, kiedy kraina lasów i gór była bezludna i dziewicza, panował na niej Bies. Jak podaje legenda, z postaci był on podobny do człowieka, chociaż znacznie większy i z rogami. I skrzydłami wyrastającymi z ramion.

Nie pozwalał dłużej się zatrzymywać w tych górach nikomu, nawet strudzonym wędrowcom. Jednak pewnego razu przywędrowało tu plemię, któremu przewodził San. Przybysze postanowili osiąść w tej dziczyźnie na stałe. Zbudowali chaty i założyli wieś nad największą rzeką. To się nie spodobało Biesowi. Zaczął przeszkadzać przybyszom na wszelkie sposoby. Gdzie wykarczowali drzewa, sadził nowe, do zagród z owcami wpuszczał wilki, na poletka wpędzał dzikie zwierzęta. Ludzie zaczęli narzekać, ale San postanowił wytrwać. Do czego namawiał też innych. Towarzysze muzaufali, a to jednak niweczyło plany Biesa.

Ten jednak nie dawał za wygraną i stworzył sobie pomocników: Czady. Pokraczne ludziki, ruchliwe, psotne, szkodzące ludziom, ile mogły. Rozganiały pasące się na połoninach bydło, tańczyły w zbożu niszcząc wszystko, straszyły dzieci w kołyskach, budziły ludzi odpoczywających po ciężkim dniu, dosypywały gospodyniom piasku do zupy, chowały drwalom siekiery.

Pewnego dnia, gdy San pracował w lesie najdłużej ze wszystkich i został sam na polanie powstałej po wykarczowaniu tęgich drzew, usłyszał krzyk. Po nim cichutkie jęki i skargę wydobywającą się spod ciężkiego pnia. Pochylił się, a wtedy zauważył Czada przywalonego drzewem, proszącego o darowanie mu życia. Na to San uwolnił pokrakę. Czad zaś wyznał, że on i jego bracia nie lubią czynić zła, ale są do tego zmuszani przez Biesa. Jednak teraz, kiedy przekonał się o wspaniałomyślności ludzi, postanowił nie tylko im nie szkodzić, ale pomagać. Obiecał, że jako najstarszy w rodzie namówi do tego także swych braci. I rzeczywiście, tak się stało. Czady pilnowały i zabawiały dzieci, chroniły domy, pokazywały drogę w lesie, rozśmieszały nawet najbardziej nieszczęśliwych, rąbały drzewo do pieca. Ludzie odwdzięczali im się miseczką mleka i dobrym słowem.

Szybko jednak dowiedział się o tym Bies. Zwołał wszystkie Czady i zapowiedział, że albo będą trzymały z nim, albo je unicestwi. Przerażone Czady przybiegły do Sana. Zaczęto radzić. Po godzinach, przemieniających się w kolejne dni obrad, Czady przypomniały sobie jedyny sposób, w jaki można było pokonać Biesa. Mógł to zrobić tylko wyjątkowy siłacz, ale tylko wtedy, gdy Bies odepnie swoje skrzydła.

San przemyślał radę Czadów i wezwał Biesa na pojedynek o poranku, gdy skrzydła leżały na brzegu rzeki. Bies widząc nadchodzącego człowieka ruszył do walki. Bitka trwała cały dzień, żaden z walczących nie słabł. I Bies zaczął się bać możliwości przegranej. Próbował sięgnąć po skrzydła leżące na brzegu rzeki, ale widząc to stary Czad wrzucił je do wody. Na to rzeka zyskała ze skrzydeł całą diabelską moc. Woda nagle wzburzyła się, zmętniała, uniosła ku górze i porwała obu przeciwników.

W wodzie utonęli obaj. Bies, bo nie umiał pływać. San, gdyż przyszło nagle całe osłabienie walką.

Gdy następnego dnia wody opadły, na dnie rzeki ludzie znaleźli splecione ze sobą dwie postacie. Na pamiątkę swojego przywódcy, rzekę nazwali Sanem. A góry, w których osiedli, Bies-Czadami.

Świątynia pochłonięta przez górę

Pierwsza góra, jaka za Trepczą się wznosi ku górze to Horodyszcze. Dobrze widoczna jest z pobliskiej wsi Międzybrodzie, która przycupnęła po lewej stronie Sanu. Porośnięta lasem liściastym, niegdyś podtrzymywała grodzisko istniejące tutaj pomiędzy X, a XIII wiekiem. Natomiast do dziś w pamięci najstarszych ludzi tkwi legenda, od wieków przekazywana z pokolenia na pokolenie. O cerkwi, która pogrążyła się w otchłaniach góry wraz z ludźmi, gdy klątwę rzuciła zła kobieta.

Onaż to idąc na niedzielną mszę, z obowiązku i wstydu przed sąsiadami, a nie z ludzkiej potrzeby rozmowy z Bogiem, przeklinała wszystkich tych, którzy cerkiew ową na Horodyszczu zbudowali.

Tak złorzecząc zbliżała się do świątyni. Gdy weszła do cerkwi, zatrzasnęły się za nią nagle wrota, a na zewnątrz niebo poczerniało, przecięte zostało błyskawicami. Wiatr ogromy się rozwył, wokół zaczęły pioruny uderzać z niesamowita mocą. Lunął diabelski deszcz, wyglądający jak ogromna bryła wody spadająca tylko na górę. Cerkiew zaczęła się trząść, i wraz z ludźmi obsuwać wgłąb rozmokłej ziemi. Nie było już dla nikogo ratunku. Wnętrze świątyni rozdzierały krzyki rozpaczy, a góra coraz bardziej pogrążała w swoich czeluściach cerkiew, zasypując ją zwałami błota i kamieni.

Gdy góra całkowicie przykryła świątynię, nagle burza ucichła, wiatr ustał, chmury pierzchły i pojawiło się palące słońce, które szybko osuszyło szczyt Horodyszcza. I w miejscu po świątyni pozostało tylko niewielkie zagłębienie.

Przez jakiś jeszcze czas ludzie pojawiający się w okolicach góry słyszeli dobywające się jakby z jej wnętrza lamenty, krzyki, płacze. Ale nagle wszystko ucichło. Jakby już nikt nie wierzył, w możliwość ratunku i każdy duch ludzi żywcem pogrzebanych dał za wygraną, godząc się ze swym losem.

Pozostali przy życiu mieszkańcy grodu, Ci, którzy nie zdążyli dojść do cerkwi przed złorzeczącą kobietą, i przez to ocaleli z pogromu, opuścili to miejsce. Grodzisko opustoszało. Z biegiem lat na tym miejscu wyrósł las, zasłaniając korzeniami i koronami drzew nieckę po cerkwi.

Ocalały dzwon

Z biegiem wieków rzeka San oplatająca górę Horodyszcze, wymyła ze swych brzegów dzwon. Odnalazła go młoda dziewica, o sercu czystym i niewinnym, piorąca bieliznę w rzece. Ze zdziwienia przetarła oczy, bo uwierzyć nie mogła, ale dotknęła dzwonu nieśmiało palcem, i on nie zniknął. Pobiegła szybko do swojej osady, leżącej pomiędzy dwoma brodami rzeki, powiadomiła ludzi. Nie chcąc uwierzyć opowieści, mieszkańcy wsi nazwanej później Międzybrodziem, poszli nad brzeg, popatrzeć na dzwon.

Zobaczyli go ludzie, zaczęli dziwić się, skąd pochodzi. A był lśniący, niczym nowy. Tylko starzy Bies-Czadnicy, pamiętający opowiadaną im niegdyś przez dziadków przy ogniskach i paleniskach przypowieść o zapadniętej cerkwi, zaczęli kojarzyć dzwon z tą historią. Najsilniejsi chłopi go złapali i idąc powolutku, bo ciężar nieśli ogromy, przenieśli dzwon na sam środek osady. Tam, gdzie miała powstać ich nowa świątynia. I zostawili go na noc.

Jakież było ich zdziwienie, gdy rankiem dzwonu nie było. Za ciężki był, by ktoś go ukradł, więc gdzie się podział? Rozbiegli się ludzie, zaczęli szukać. Chłopcy go znaleźli nad brzegiem rzeki, przy urwisku. Znowu najsilniejsi przenieśli go do wsi. Tam pozostawili. Ale w nocy dzwon niesiony magiczną siłą, cichuteńko pobrzękując, znowu przeniósł się nad rzeczne urwisko, nad przełomem Sanu. Rankiem mieszkańcy go stamtąd zabrali do osady, ale on w nocy znowu powrócił na upatrzone miejsce. Tak 3 razy się przenosił i 3 razy wracano z nim do centrum Międzybrodzia.

Wreszcie najstarsi ludzie postanowili, że świątynie trzeba budować tam, gdzie chce dzwon. Najpierw postawiono dzwonnice, zawieszono na nim ciężkiego wędrowca. Na niej przetrwał noc, nigdzie się nie przenosząc. Potem kolejną, i kolejną, mijały dni, tygodnie, a dzwon wisiał w swoim miejscu.

Postawiono cerkiew. Dzwonem zwoływano ludzi na msze. Dzwonił także, gdy zza Góry Czarownic wysnuwały się czarne, ciężkie chmury, niosące gradobicia i ulewy. Ale to już zupełnie inna historia...

Palili i grabili

Pecha strasznego miał humniski dwór w połowie XVII w. Napadnięty i ograbiony został dwukrotnie. Raz napadli na niego miejscowi bandzioszkowie. Trzy lata później ograbili go lokalni chłopi.

Był rok 1645. Wiosna już przeszła, gorąco było nawet nocami, dni były długie, a noce krótkie. Pewnego dnia, już po zmroku, pod dwór podeszła spora grupa Beskidników. Nie przelękły ich wysokie mury i cokoły, ani mocna, drewniana brama. Część bandytów atak zaczęła od zapiecka, na tyłach dworu. Tam też zbiegła się cała załoga, by napastników odpierać. Wówczas to niewielka grupa bandziorków cichcem przedostała się pod warowną bramę. Ułożyli przy niej wysuszoną trawę, słomę, leśny chrust, na to coraz to grubsze gałęzie kładli, na kilku dorodnych, suchych pniaczkach skończywszy. Na koniec wszystko to podpalili i czmychnęli do pobliskiego lasu.

Nie trzeba było długo czekać na efekty. Od trawy i słomy zapaliło się drewno, dalej pniaczki i wysuszona przez słońce brama. Ogień był tak wielki i dym tak duszący, iż nie sposób było nadążyć z gaszeniem pożaru. Dymisko osnuło cały dwór, a przez dziurę po dopalającej się bramie wpadli na dziedziniec bandyci. Większość obrońców wycięli, a ciężko ranili broniącego się do kresu sił Stanisława Mikołaja Kozłowskiego, cześnika sanockiego, pana w Humniskach. Wśród niewielu ocalałych znalazła się zaś Anna z Rytra Kozłowska, matka cześnika.

Niedługo jednak cieszyła się zdrowiem. Zbójnicy dopadli ją, zdarli z niej szaty i żywym ogniem przypiekać zaczęli, aż wyznała, gdzie znajdują się liczne schowki z kosztownościami. A i tak nie uwierzyli, że wskazała wszystkie skryjówki i piekli ją dalej. Na koniec dobrali się do piwnic i piwniczek, robiąc na pobojowisku bandycką ucztę. Przepędziła ich ostatecznie odsiecz sąsiedzka, idąca dworowi na pomoc. Tej ostatniej udało się życie Kozłowskiemu i jego matce uratować, wszak długo leczeni potem być musieli.

Minęły trzy lata, na Rzeczpospolitą Kozacy się wdarli. Czas niepokoju zaczęli wykorzystywać chłopi, buntujący się przeciwko swym Panom. Podobnie stało się i na ziemi sanockiej, a na pierwszy ogień tych niepokojów poszedł tutaj dwór w Humniskach. Został znowu splądrowany i doszczętnie zniszczony. Stanisław i Anna przebywali wówczas w Niebocku i od tamtej pory do dworu w Humniskach już nie powrócili.

Krzyż z roli

Gdzieś to koło Srogowa było.

Gdy przetaczały się najazdy tatarskie przez Ziemię Sanocką, ludność srogowska uciekała zawsze do lasu. W pośpiechu brali wszystkie, co cenniejsze rzeczy, a szczególnie złoty krzyż z tamtejszego kościoła. Pewnego razu ludzie jednak w pośpiechu i zamieszaniu krzyż ten gdzieś po drodze zgubili. Żal był ogromy, ale i nadzieja że może chociaż w ręce najeźdźców się nie dostał...

Minęły lata. Jedni mówią, że kilka, inni, że kilkadziesiąt. Razu pewnego stary Jaśko ziemię swoją pod lasem orał. Nagle radło pługa zaczepiło o coś i dalej iść nie chciało. Choć woły tęgie były i sił miały jeszcze sporo, bo to dopiero początek orki był, w żaden sposób oporu pokonać nie mogły. Złość zaczęła ogarniać gospodarza, ale cóż było robić. Wyciągnął pług z ziemi, patrzy, a tam spomiędzy bruzd ziemi krzyż lśniący wystaje. Wziął go z lękiem do rąk, przyglądał się, a ten lśnił jakby dopiero co zrobiony i wypolerowany został.

Oracz zaniósł krzyż do wioski. Starszyzna usiadła, podumała i padł werdykt. W miejscu znalezienia krzyża kapliczkę zbudujemy! Tak też zrobiono, a w niej umieszczono znaleziony krzyż. Z czasem na miejscu kapliczki kościółek powstał, a krzyż zajął główne miejsce na ołtarzu.

Pewnie znajdowałby się tam doi dziś, gdyby nie złodziejaszkowie. Któreś nocy drzwi do kościółka wyłamali, krzyż oraz inne precjoza ukradli, a uciekając chrzcielnicę przewrócili i wodę święconą całą wylali. Jednak wieść i ich czynie szybko się rozniosła i nikt nie chciał odkupić od nich tych przedmiotów. Wreszcie zakopali je gdzieś w lesie. Sami na tym nic nie skorzystali, ale dali swoim złym uczynkiem pole do popisu Biesom bieszczadzkim. Gdy tylko woda święcona wsiąkła w ziemię, Ci zlecieli się gromadnie pod kościółek ograbiony ze wszystkich świętych symboli i imprezę czarcią zaczęli. Wyli, ogniem buchali, ludzi w pobliskiej wiosce straszyli, bydło przepędzali, plony niszczyli. Długo nie wytrzymali ludziska, wynieśli się ze Srogowa. Wioska opustoszała, chaty się zawaliły, zrównały z ziemią. Wtedy Biesy też odeszły, bo i straszyć nikogo nie było.

Po upływie lat na miejscu tym pojawili się nowi osadnicy. Zaczęli budować chaty, obory, spichrze. Wieść lokalna niosła legendę o diabłach, które mogą wrócić. Bali się osadnicy ich srogości, ale jakoś żyli dbając o siebie na wzajem. Obawy te jednak pozostały w nazwie wsi, Srogów.

Święty patron Polski

Andrzej Bobola, kanonizowany po śmierci przez papieża w Watykanie Piusa XI, pochodzić miał ze Strachociny. Bobolowie mieli zawdy wieś tą wydzierżawiać.

Podają to nawet źródła historyczne. Tak w spisie z 1604 roku znalazło się nazwisko wdowy Zofii Boboliny. W 1632 roku jako dzierżawcę wsi podaje się Jana Bobolę. Zaś 2 lata później Jędrzej Bobola miał wyłożyć 15 tys. ówczesnych złotych na budowę kolegium jezuickiego w Krośnie.

Sam Andrzej Bobola, herbu Leliwa miał urodzić się 30 listopada 1591 roku w Strachocinie. Jak podają źródła, jego ojciec Mikołaj dzierżawił sołectwo strachocińskiego, wchodzącego w skład dóbr królewskich. W 1606 roku, gdy Andrzej rozpoczynał studia, w bitwie pod Moskwą zginął jego kuzyn Wojciech.

Do 1611roku Andrzej Bobola studiował w szkole jezuickiej w Braniewie, w tym też roku, po jej ukończeniu, wstąpił do zakonu Jezuitów. Swoje śluby zakonne złożył w 1613 roku. W latach 1613-1616 studiował filozofię na Uniwersytecie Wileńskim, w latach 1618-1622 teologię. Ostatecznie w 1623 roku otrzymał święcenia kapłańskie.

Do 1624 roku był rektorem kościoła w Niewieszu, a przez następne 6 lat był kaznodzieją w kościele św. Kazimierza w Wilnie. Z czasem został przełożonym domu zakonnego w Bobrujsku. Potem pracował w Płocku, w Warszawie i znowu w Płocku pnąc się powoli po kolejnych szczeblach duchownej kariery. Trafił wreszcie do Łomży, jako doradcą rektora, kaznodzieja i dyrektor szkoły humanistycznej. Jego losy w 1642 roku skierowały go do Pińska, zaś w 1646 roku ze względów zdrowotnych trafił do Wilna. Po podreperowaniu zdrowia powrócił do Pińska działając w mieście oraz okolicy. 16 maja 1657 roku będąc w Mohilnie, podczas powstania Chmielnickiego, trafił w ręce Kozaków. Zamęczono go na śmierć w rzeźni w Janowie Poleskim.

30 października 1853 roku Bobola został beatyfikowany, a 17 kwietnia 1938 roku kanonizowany. Od 16 maja 2002 roku św. Andrzej Bobola jest patronem Polski.

Dziś w Strachoicinie znajduje się Sanktuarium św. Andrzeja.

Diabły upuściły

Diabla Góra wyrasta jakby nienaturalnie, na przeciw Mrzygłodu, ale po drugiej stronie Sanu. Zupełnie, jakby zagubiła się tu, pozostawiając bratnie stoki i szczyty. Legenda głosi, że to czart ją tam przyniósł.

Dawno, dawno temu, w miejscu, gdzie dziś znajduje się górzysko, leżało sobie miasteczko. Ułożone niemal w połowie drogi pomiędzy Tyrawa Solną, a Tyrawą Wołoską. Zwało się zaś Tyrawa Królewska.

Tyrawa Królewska leżała w pobliżu kopalni soli. Do tej zaś, po sól, przyjeżdżali kupcy z coraz dalsza, z coraz bardziej odległych krajów. Kupowali sól, a sprzedawali swoje towary. Handel dobrze służył tyrawianom. Wzbogacili się na tyle, że bez trudu postawili szykowny, murowany z kamienia kościół, a w rynku murowany ratusz. Miasto zaś całe otrzymało mury obronne. Żyjącym tam ludziom coraz lepiej się powodziło, ale im byli bogatsi, tym rzadziej do kościoła zaglądali. Zaczęło się zdarzać, że na mszach zaledwie po kilku mieszkańców się pojawiało.

Nie pomagały upomnienia księdza, czy też przychodzących misjonarzy. To zaś coraz bardziej diabły radowało.

Pewnej pasterki nikt się w kościele nie pojawił. Ksiądz pleban rozsierdzony zaklął wówczas szpetnie: a niech to miasto piekło pochłonie!

Takie wyzwanie usłyszały diabliki! Złapały jedną z gór, odległych o kilkadziesiąt kilometrów stąd, wyrwały ją z ziemi, uniosły w powietrze i rzuciły z chichotem na miasteczko! Góra przykryła wszystko, wpychając mury, budynki, ludzi aż w czeluści piekielne.

Starzy ludzi powiadają jeszcze, że od wsi Dobra jest wejście do wnętrza góry. Prowadzi ono do tunelu, a ten do zwalonych domów, pełnych skarbów tyrawian. Ale jeszcze nikt nie odważył się podążać czarnym korytarzem w dal.

Jeszcze o samotnej górze

Pomiędzy górą Horodna, a Górą Czarownic znajdowała się niegdyś jeszcze jedna góra. Pewnej nocy wyrwały ją jednak 2 diabły, które chciały zrzucić górę na rzekę San. Tak, aby powstała zapora, a spiętrzone wody zalały wioski leżące w dolinie rzeki. Niszcząc zalążki chrześcijaństwa na tych terenach.

Była północ, kiedy diabły podleciały pod górę. Zaparły się czarty, poderwały ją do góry i uniosły w powietrze, i poleciały z nią wzdłuż brzegu, aby spuścić poniżej nadsańskich wiosek. W pewnym momencie, sapiąc coraz bardziej pod ciężarem góry, diabliska postanowiły odpocząć. Zatrzymały się więc, kładąc na chwilę górę na lądzie, a widząc w pobliżu chatę, udały się do niej po łyk wody. Kmieć zaprosił ich do środka, a że miał akurat sporo upędzonej okowity, zamiast wodą źródlaną poczęstował diabły wodą ognistą. Te zaś mając gardła przepalone siarką, nie czuły w nich pieczenia spowodowanego gorzałką. Piły więc diabły i piły, a w głowach szumiało im coraz bardziej.

Po ugaszeniu pragnienia, w iście diabelskich humorach, zaparły się czarty o górę, aby nieść ją dalej. Niezbyt im to szło, a czas uciekał. Słabnąć już zaczęły, a tu nagle zapiał kur. To zupełnie odebrało czartom siły. Jeden puścił górę, drugiemu się ona wyślizgnęła i zamiast w koryto Sanu spadła na drugiego diabła. Ten zaś z bólu puścił ogromnego bąka, że aż teren cały się pofałdował.

Diabły ostatecznie czmychnęły. Po tej przygodzie zaś pozostała nieopodal Tyrawy Solnej samotna Diabla Góra, a na jej przeciwko pofałdowana góra Pierdziosz.

Jak sabaty zlikwidowano

Góra Czarownic to najwyższa góra w tym rejonie. Ma wyjątkowo ostry wierzchołek, w którym niegdyś nagromadziło się wyjątkowo mnóstwo złych mocy.

W dawnych czasach ponad górą często gromadziły się czarne, ciężkie chmury, zwiastujące gwałtowne ulewy, burze, gradobicie, z niewiarygodną siłą spadające na okoliczne sioła, niszcząc plony, chaty. Działo się to najczęściej w sabaty czarownicy, na których zakończenie wiedźmy urządzały sobie z czartami diabelskie harce i zabawy.

Po każdym takim kataklizmie chłopi bezradnie załamywali ręce, stojąc nad zniszczonymi płodami rolnymi, zniszczonymi zabudowaniami. Z czasem głód spowodowany zniszczeniami coraz częściej zaczynał zaglądać do ich domostw.

Pewnego dnia po raz kolejny odezwał się dzwon uratowany z zapadłej cerkwi wsi Horodyszcze. Zwiastowało to kolejną burzę. Wówczas mieszkańcy udali się do miejscowego kapłana, po radę. Ten pomyślał i nagle go olśniło: skoro dzwon ostrzega przed kataklizmem, to może jego głos, wywołany przez ludzi, zapobiegnie tragedii... Za radą duchownego kilku rosłych mężczyzn wspięło się na dzwonnicę, uwiązało do dzwonu gruby powróz, po czym stanęli na ziemi, chwycili koniec liny i czując na twarzach pierwsze, ciężkie krople deszczu niesione przez wiatr, zaczęli dzwonić. Coraz żywiej, coraz głośniej, coraz dźwięczniej. Burza zaczęła cichnąć, wiatr przestawał wiać, chmury się rozchodziły, a za nich pojawiało się jaśniutkie słoneczko. Ludzie zaczęli się cieszyć.

To zaś rozwścieczyło sabatujące wiedźmy. Wsiadły na miotły i zaczęły ze świstem latać wokół góry. Oślepione słońce traciły orientację, zderzając się w powietrzu i wraz z miotłami zamieniając się w proch po zderzeniach.

Od tej pory czarownice nie spotykały się już na szczycie góry. Nie było już gwałtownych burz, gradobić, zbocza góry porosły zaś brzozowym lasem, prawdopodobnie powstałym z drzazg po rozbitych miotłach, które pospadały na ziemię i zaczęły kiełkować, przeradzając się w białe drzewa.